
Po kilkudziesięciu dniach oczekiwania, długim obozie przygotowawczym i kilku transferach Jagiellonia już w sobotę zameldowała się w Warszawie, a w niedzielę po godzinie 16 wjechała przez jedną z bram na Łazienkowską. Piłkarze wyglądali na wyluzowanych, ale bez wigoru. Podobnie prezentował się jak sztab szkoleniowy. Sprawiali wrażenie ekipy bez stuprocentowego przekonania do tego co mają dziś robić, ale to tylko moje wrażenie. Przytłaczająca była też atmosfera, ale to nie pierwszy raz na Łazienkowskiej, a klimatu tych spotkań nie zmieni już nic. Drągowski miał dostać za swoje, a poza kilkoma kulkami z papieru i mało wyszukanymi przyśpiewkami nie stało się zupełnie nic. Nie życzyłem "Drążkowi" niczego złego, ale spodziewałem się większych kontrowersji.

To co wydarzyło się w pierwszych kilkunastu minutach było szybkie i bezbolesne. Legia nie grając tiki-taki rzuciła się na Żółto-Czerwonych i najpierw poślizgnięcie się Madery wykorzystał Nikolić, a 10 minut później po kiksie Prijovica wyszło podanie i będąc sam na sam z bramkarzem nie mógł pomylić się Kucharczyk. Co robiła wtedy nasza obrona i w jaki sposób była ustawiona? Tego nie wiem. Później ciężko stwierdzić czy zasapała się Legia, czy to Jagiellonia zaczęła łapać oddech, bo widzieliśmy więcej przechwytów Jagi i jako takie próby przedostania się na połowę Warszawiaków. Ci na nieszczęście Białostoczan stawiali potęzne zasieki i w zasadzie tylko raz Frankowskiemu i drugi Sirokowi udało się minąć więcej niż jednego zawodnika i klepnąć akcję czymś innym niż przerzutem. W 41 minucie zmienić mogła się fabuła tego spotkania. Sam na sam z bramkarzem stanął Fedor Cernych ale zamiast samemu strzelać przerzucił odpowiedzialność na Karola Mackiewicza. Nie dość, że zagrał mu za plecy to dodatkowo podniósł delikatnie piłkę.
Poza tą sytuację i niemrawymi próbami sprzed 16-stki nie wydarzyło się absolutnie nic i obiektywnie rzecz biorąc nie oczekiwaliśmy wiele więcej od drugiej połowy. Tempo Legionistów musiało być ponadprzeciętne. W wieczornej Lidze + Extra szybki wywiad z Kucharczykiem brzmiał tak jakby własnie ukończył on Triathlon w kategorii Iron Man i chwalił się nowym rekordem.

Potężne zwierze, które wyłapało już z rwącego Ekstraklasowego potoku w pierwszej połowie nie miało ochoty poprzestać na zwykłej konsumpcji. To miało trwać równo 90 minut. Paradoksem tego meczu jest jednak to, że trzecia bramka dla Legii nie padła po przemyślanej akcji tylko po trzecim błędzie Jagiellonii. Tym razem najmniej spodziewanym, bo główką szczupakiem w bezpieczny sposób chciał zagrywać Frankowski, ale nie zauważył Nikolicia i robiąc to za lekko zagrał mu pod nogi, a ten będąc mistrzem w wykorzystywaniu tego typu sytuacji nie mógł się pomylić. Przez pół godziny znowu jedni i drudzy odbierali sobie piłkę. Czasem dłużej pobiegała sobie z nią Jagiellonią ( i chyba tylko dzięki temu te 49% posiadania), a czasem Legia i z takiego czasem wziął się przechwyt po którym piłka trafiła do Jodłowca, a ten nieatakowany ( i trzymany na radar przez Maderę) huknął z 20-30 metrów nie dająć Drągowskiemu najmniejszych szans. Drugą setkę miał też Cernych, ale nawet jakby ją wykorzystał to poza wynikiem nic nie uległoby zmianie.

Maciej Rogowski
2:1
-:-